::księga gości::

2011
październik
lipiec
2010
czerwiec
kwiecień
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
Wiatr (14)
Wiecie, bardzo mnie zdziwiło to, że po takiej długiej przerwie ktoś jeszcze tu zaglądnął, a nawet coś napisał. Przecież blogów przybywa setki dziennie, jest twitter, facebook i sama nie wiem co tam jeszcze...
Nie wiem też zupełnie, co by tu napisać, żeby nie zabrzmiało to zbyt ckliwie i nudno.
W każdym razie, nie sądzę bym jeszcze kiedyś zmieniła swoje zdanie na temat życia. Życie jest mgnieniem i jest kompletnie nieważne. Taki Giewont stoi sobie od milionów lat, i postoi pewnie jeszcze co najmniej drugie tyle, aż w końcu deszcze i wiatry zamienią go w piasek i rozwieją na cztery strony świata. A wszyscy ludzie, i ci najszlachetniejsi, i ci najbardziej podli, są (już niedługo będą) tylko niewielką kupką kurzu, tak jak i ja. A Giewont to tylko niewielki kawał skały na jakiejś mało ważnej planecie, która za parę milardów lat zniknie pochłonięta przez wybuchające Słońce. I nikt i nic tego nie zmieni. Jaki sens wobec tego ma moje życie? Kompletnie nieważne, co z nim zrobię, naprawdę. Nie ma się czym przejmować.
Więc skoro tak, to opiekuję się bezbronnymi i niewinnymi kociętami. Tak, to nie ma sensu i to jest pójście na łatwiznę, ale mam to w dupie. Te kotki i ich szczęśliwe pomrukiwania dają mi codzienną porcję okropnej głupiej radości i wspaniałej poezji, której jak na razie nie dało mi nic innego (a przeżyłam sporo więcej niż na tym blogu opisałam).
Może coś jeszcze ciekawego się trafi. Malowałabym, komponowałabym, ale nie potrafię. Może dałabym radę napisać jakąś dającą się przeczytać książkę, ale książek nikt już teraz nie czyta. Robiłabym filmy, ale do tego trzeba mieć talent, znajomości albo kilka(dziesiąt) własnych milionów. Zresztą, nie zależy mi na tym jakoś bardzo.
Nie oburza mnie już głupota polskich polityków ani bezczelna pazernośc polskiego kleru. Nie oburza mnie skurwysyństwo banksterów, którzy najpierw wycyckali Greków z kasy za pomocą ich przekupnych polityków, a teraz z łaski chcą im pożyczyć ich własną kasę na spłatę odsetek dla siebie samych. To wszystko to po prostu wiatr wiejący po pustyni, wieje sobie bo wiać musi, i tyle.
Za to cieszy mnie powodzenie Palikota. Wielu ludziom dał odwagę, której do tej pory nie mieli. Teraz na pewno ktoś powie rodzicom - nie, nie pójdę do żadnego bierzmowania, bo nie jestem hipokrytą, nie wierzę w żadnych szamanów i ich obrzędy. Nie będę brał ślubu kościelnego ani chrzcił dziecka tylko po to, żeby ludzie nie gadali.
Po co się oburzać, skoro można się cieszyć?

:-)

PS. Mój mail został zdezintegrowany, bo za długo się na niego nie logowałam :-(
neurotomania 2011-10-30 14:55:44
skomentuj (14)
Minął rok.... (9)
Wzruszył mnie jakoś ten ostatni wpis Cebulki - ..Jest parę wariatów na tym świecie, którzy ciągle wierzą że przyjdzie dzień, gdy...
Tak. To zdanie to jakaś kwintesencja. Tych paru wariatów, którzy wierzą, że coś fajnego jeszcze się wydarzy.

Przeczytałam parę ostatnich notek. Właściwie nic się u mnie przez ten rok nie zmieniło! Tak, tak. Jak ja mogłam kiedyś pisać blog na zneurotyzowanych erotomanów? Gdybym miała teraz pisać bloga, to byłby to blog dla świrniętych kociarzy. Nadal jesteśmy we czwórkę. Nauczyłyśmy nasze kotki chodzić z nami na spacery. Cały czas budzi to sensację na osiedlu - dwie dziewczyny, a za nimi, przemykające się chyłkiem pod samochodami, dwa koty. Mama i synek. Ale już nie pamiętają, kto jest kto. Synek jest wykastrowany i teoretycznie powinien być potulnym, podporządkowanym kotem. Ale teoria sobie, a praktyka jest taka, że każdego obcego kota to on natychmiast brutalnie atakuje i wszystkie dzikie kocury w okolicy znają go i schodzą mu z drogi. Mama też się go boi. O kotach mogłabym pisać i pisać.... ale się powstrzymam.

Zamiast asentry zażywam teraz velafax. Lepiej stabilizuje psyche, lepiej usuwa lęk. Ale to paskudny, mocny psychotrop. Ciągłe zawroty głowy. Próby odstawienia są ciężkie. Wystarczy tylko raz zapomnieć zażyć jedną tabletkę, by w nocy pojawiły się nieprawdopodobnie realistyczne, cięgnące sie godzinami koszmary....

Na giełdzie mój sposób został rozszyfrowany przez konkurencję i z wielkiego zarabiania zostały już tylko groszowe ochłapy. Zostało na pamiątkę te kilkaset tysięcy, które zżera rosnąca inflacja, a ja nie wiem co z nimi zrobić :( Ale poprawiła mi się motywacja do pracy i zaczęli mnie znowu chwalić.

W Polsce też nic się nie zmienia. Cały czas świnie pchają się do koryta, miernoty pchają się do telewizji, a dziennikarze o nich piszą, nie widząc że istnieje inny świat. Miałam już sobie kupić telewizor DH 3D - ale w ostatniej chwili pacnęłam się w głowę. Po co? Przecież właściwie nic w telewizji nie oglądam. Trzeci wymiar niczego tu nie poprawi. Zresztą TV chyba już niedługo zostanie wchłonięta przez smartofono-twittero-facebookowy wirtualny świat.

Pozdrawiam wszystkich wariatów, którzy wierzą, że to się jednak w końcu zmieni. Na lepsze :-)


neurotomania 2011-07-02 16:12:41
skomentuj (9)
Cześć (20)
W sumie to chciałabym przeprosić. Trochę mi głupio, że tak nagle zaniemowiłam. Nie przegladałam skrzynki, nie odpowiadalam na maile.
Niby nie odcinam się od siebie, niczego nie żałuję i nie wstydzę się, ale... zapewne jednak podświadomie jakoś potrzebowałam takiego brutalnego zerwania z tamtą częścią swojej osobowości.
Kotki pochłonęly mnie po uszy. Podstępnie, jak najmocniejszy narkotyk. Tak. Analogia do narkotyku jest stuprocentowa. Człowiek najpierw podchodzi z dystansem, mechanicznie. nie zwracając specjalnie uwagi i bez zaangażowania. Potem taka  sierota się przywiązuje. Przychodzi, mruczy. Śpi gdzieś w pobliżu. Wtula się, gdy sie boi. Skacze z radości, gdy się skądś wróci. I nie wiedząc kiedy, człowiek już jest tak uzależniony, że gdy przychodzi moment odstawienia, ryczy jak niemowlę. Oprócz Grubaska, którego trzeba było pochować, oddałyśmy w tym tygodniu pozostałe kotki, bo niestety, moje mieszkanko na małe na taką kociarnię. I za każdym ryczałyśmy obie w niebogłosy. Przy ostatnim zbuntowałyśmy się. W ostatniej chwili zdecydowałyśmy, że chrzanimy to, ze ciasno, że będzie problem aby gdzieś wyjechać, i że jednego sobie zostawiamy i już. I ostatni kotek został. Razem z mamą.
I tak sobie na razie będziemy mieszkały we czwórkę.

Proszę, jaka odmiana, co nie?
Z wyzwolonej, zbuntowanej wyuzdanej erotomanki stałam się sentymentalną, przewrażliwioną starą panną użalającą się nad kotkami.
Jeżeli jednak jakiś neurotoman z dawnych czyta mnie jeszcze, to chciałam mu coś powiedzieć. Otóż drogi anonimowy (a może nie anonimowy) neurotomanie. Wiele przeżyłam. I zapewniam Cię, że żadne, najbardziej wyuzdane i niesamowite doznanie erotyczne nie może konkurować ze szczęsciem i głebią przeżyć, jaką daje banalne macierzyństwo. Nawet jeśli jest to macierzyństwo kotki. Obserwowanie rodzącej mamy, która wylizuje potem swoje piszczące, ślepe kociaki. Patrzenie, jak bezradne maleństwa wtulają się w nią. A potem obserwowanie, jak nabierają charakteru. Jak z wystraszonych sierotek wyrastają na dzielne silne kocięta. Nawet jeżeli trzeba jednego z nich przeprowadzić na drugą stronę tęczy, to i tak te dziewięć tygodni to były najbardziej niesamowite tygodnie mojego życia. Wszystko stało się nieważne, odlegle. Nieważne stały się tłuste świńskie ryje polityków, znowu próbujących zaangażować cały kraj wokół swoich spraw i śmierdzącego koryta do którego usilnie próbują się dopchać, próbujących wmówić, że jakaś lotnicza katastrofa to niewyobrażalna ogólnonarodowa tragedia. 

Jestem nadwrażliwa,  i zapewne nie odważę się nigdy na własne dziecko. Ale zgodzę się z każdym, kto powie, że aby przeżyc prawdziwe życie do samej głębi, to trzeba mieć dzieci. Jeżeli chodzi o siłę przeżyć, to najbardziej szalone dzikie orgie seksualno-narkotykowe to pikuś przy przeżyciach, jakie daje uczestniczenie w  cudzie narodzin i kształtowania nowego życia.

I nie mówi tego jakiś nawiedzony świr o chrześcijańskich korzeniach, tylko totalna anty-klerykalna, anty-kulturowa anarchistka pełna buntu przeciwko wszelkim narzucanym przez społeczeństwo wartościom.
neurotomania 2010-06-11 20:14:20
skomentuj (20)
Grubasek i morze łez (4)
(Uwaga - ten artykuł piszę będąc w ciężkim szoku).

Umieranie wygląda zadziwiająco podobnie. Nieważne, czy umiera staruszek, młoda dziewczyna czy mały kilkutygodniowy kotek. Zaczyna się łagodnie, ot, mniejsza żwawość, jakby większy spokój. Z dnia na dzień narastający spokój, a właściwie apatia. Jeszcze stać na jakieś chwilowe zrywy, krzyki, nawet gwałtowne, ale już coraz rzadziej. A potem idzie szybciej. Wychudzenie, oczy coraz mętniejsze. Coraz mniej siły, coraz mniej kontaktu, coraz większa niechęć, coraz większa potrzeba czyjegoś ciepła, wszystko jedno czyjego. A na końcu już tylko odruchy, nieprzytomny z bólu wzrok.

Jeden z moich kotków odszedł właśnie za tęczową bramę. Śliczny rozkoszny Grubasek, z którego pod koniec zrobił się szkielecik obciągnięty futerkiem. Męczył się tydzień, szpikowany niepotrzebnie zastrzykami, kroplowkami, wpychanym na siłę jedzonkiem, które w bólu wymiotował piszcząc żałośnie.

Pożegnałam już w życiu kilka bardzo bliskich osób, w tym niektóre będąc praktycznie do samego końca. Ale po żadnej z nich nie płakałam tam mocno i rozpaczliwie. Tak naprawdę to nigdy nawet w połowie tak nie płakalam. Nie wiem, czy to dlatego, że to ja własnoręcznie parę tygodni temu przecinałam Grubaskowi pępowinę, czy może dlatego, że był tak rozkosznie niewinny i łagodny, od samego początku delikatniejszy od reszty czwórki. Nigdy nie drapał ani nie gryzł, zawsze starał się chować pazurki a gdy gryzł, to tak delikatnie jakby pieścił.  Mocno ugryzł dopiero pana weterynarza.

Wczoraj rano, gdy miał jeszcze siłę ustać na nogach, kilka razy wychodził z pudełka w którym leżał i starał się zagrzebać i ukryć w jakimś kąciku. Potem dostał zastrzyki, oczywiście szarpanina i ostatnie krzyki bólu, a po tej szarpaninie nie miał już siły na nic.... Dziś chciałam go uśpić, ale nie zdążyłam. Jego serduszko przestało bić w momencie, gdy dzwoniłam aby się umówić w przychodni. Grubasek oszczędził mi jazdy we łzach w tym okropnym upale.

Bo to był bardzo miły kotek i nie chciał nigdy robić kłopotu.

Żegnaj, Grubasku.

Życie nie jest sprawiedliwe.
Największe nawet szczęście zawsze jest dość płytkie, krótkie i ulotne. Ale rozpacz, o,.... rozpacz, szanowni państwo, ta potrafi być wielka, olbrzymia i całkowicie bez dna.



neurotomania 2010-06-06 18:07:38
skomentuj (4)
Cześć (8)

" Neurotomania juz nigdy nie napisze nic, co mogło zmienic nasze podejście do życia... "

Możliwe.
Nie zginęłam co prawda ani w samolocie, ani pod kołami samochodu, ale w pewnym sensie nie ma już tej osoby, która tego bloga pisała. Dziwię się, jak bardzo obca mi się teraz wydaje tamta dziewczyna, która tak mocno w każdym odcieniu i szczególe przeżywała swoje erotyczne emocje.
Teraz erotyki nie ma prawie w ogóle, ale co ciekawe, nic konkretnego nie weszło na jej miejsce. Nie mam żadnej nowej pasji, niczego, co wypełniałoby mi duszę. Robię teraz naprawdę mnóstwo rzeczy, ale wszystko powierzchownie i nic do końca. Mnóstwo zajęć kradnących czas i siły, dzięki którym nie mam żadnych problemów z bezsennością (a miałam straszliwe i to wiele lat). Teraz zasypiam po prostu, gdy tylko przytykam głowę do poduszki. Czegoś takiego nie pamiętam od czasów, gdy byłam niemowlakiem.

No i a propos niemowlaka.
Jak już napisałam notkę, to pochwalę się.



 

Piszcie, co u was.


neurotomania 2010-04-28 22:03:17
skomentuj (8)
Paradise found (18)
Słyszeliście, że miłość czyni cuda?
Ech, nie wpadajmy w pompatyczność.
W ogródkach rok w rok rodzą się małe dzikie kocięta. Życie kotka na ogródku jest krótkie. Matki wychowują je na dzikie i nieprzystępne zwierzaki, które ledwo tyle mają zaufania do człowieka, aby dać mu się nakarmić - ale zawsze z daleka, zawsze w nerwach. Wystarczy najmniejszy podejrzany ruch albo dźwięk, i uciekają. Nie dają się dotknąć ani w żaden sposób oswoić.
Zimą, gdy na ogródki prawie nikt nie przychodzi, z głodu i chłodu giną. Mniej niż połowa przeżywa zimę. Więcej szans mają te urodzone na wiosnę. Te wyklute jesienią giną prawie w komplecie. To okropne patrzeć rok w rok na te maleństwa i słuchać ich żałosnego miauczenia (co prawda podobno miauczenie kotów ewolucyjnie upodobniło się do płaczu niemowlęcia - aby łamać ludzkie serca).
Jak to jednak w życiu bywa, jedne kotki są bardziej dzikie, inne mniej. I jak to w życiu, czasem zdarzaja dziwne rzeczy. W tym roku w czerwcu na naszym ogródku pojawiła się parka kolorowych kociaczków, wychowanych przez mamusię która wykluła się raptem rok wcześniej i przeżyła zimę jako jedyna z czworga rodzeństwa. Dokarmiałam ją trochę, więc przyprowadziła do mnie któregoś dnia swoją już w miarę odchowaną parkę. Początkowo małe kotki tylko przyglądały się uważnie zza płotu, jak rzucam mamie jakieś kawałki kiełbasy. Po paru dniach same odważyły się przecisnąć pod siatką i spróbować. Jeden kociak był zwyczajny - dziki wzrok, odskok na kilkanaście metrów, gdy zrobiłam krok w jego stronę, tylko zjeść i uciec. Ale drugie kocię, nieco niezaradne i o neurotycznym wyrazie twarzy, uciekało jakoś bez przekonania, i patrzyło w moją stronę z zaciekawieniem. Po paru kolejnych dniach, pomalutku, rzucajac mu smakołyki i zbliżając się małymi kroczkami, udało mi się do niego podejść na wyciągnięcie ręki.



Kilka dobrych tygodnie zajęło mi oswojenie go na tyle, żeby dawał się głaskać... A potem nastąpiły kolejne miesiące, w czasie których na każde trzy kroki w przód zawsze przypadały co najmniej dwa, a czasami cztery albo pięć w tył. Długa, długa historia.
Nieprawdopodobne było dla mnie samej, że wykazuję przy tym tyle cierpliwości. Już się wydawało, że nabrał zaufania, a tu znowu powrót do sytuacji, gdy ucieka i nie daje się dotknąć. Już daje się brać na ręce i mruczy, a potem znowu wymyka się i ucieka. I wszystko od nowa. Normalnie po prostu kopnęłabym... no ale tu nie było normalnie :-)
Lęk, okropny okropny lęk, a równocześnie straszna potrzeba ciepła.
Teraz, gdy wracam wieczorem do domu, Czarna Morda (bo tak się nazywa) przybiega do mnie z piskiem w podskokach i po kilku minutach radosnego miąchania i obcierania kładzie mi się na szyi wreszcie wtulając się futerkiem w moje policzki. Jego głośne mruczenie stopniowo jest coraz wolniejsze, jego ciałko coraz bardziej rozluźnia się aż w końcu przybiera kosystencję mokrej sflaczałej szmaty. I ja już wtedy zazwyczaj śpię. Nigdy w życiu z nikim tak nie słodko nie zasypiałam. Wisienka pęka z zazdrości. Na żarty, ale nie do końca :-)



Mniej więcej w tym samym czasie co z CM oswajałyśmy się z Wisienką. I powiem tak - oswajanie człowieka jest o wiele trudniejsze i bardziej skomplikowane niż dzikiego kota.... Ale kluczem do serca zawsze jest miłość (miao być niepompatycznie, ale się nie da - bo tak po prostu jest). Miłość, taka ślepa jak miłość matki, bezwarunkowa jak kapitulacja III Rzeszy. Nie można obliczać kto ile komu co dał, ile wziął. Nie można zastanawiać się, czy ma to sens. Nie można niczego ustalać i wytyczać granic. Nie liczyć ran na psychice i podrapanych rękach. Po prostu trzeba dawać, dawać, dawać, i liczyć na to, że ten drugi w końcu pęknie, zaufa, przywiąże się. I wtedy można płakać ze szczęścia.
neurotomania 2009-12-31 22:49:41
skomentuj (18)
Pułapka (16)
To co napisałaś, Anka, jest autentycznie wstrząsające.
I to pomimo, że właściwie to nihil novi, Twój przypadek to coś, z czym stykamy się na co dzień.
Ale za każdym razem to wstrząsa.
Zazwyczaj problem, tak jak ja go widziałam, to związki. Dziewczyna i chłopak są ze sobą, bo dziewczyna jest ładna i... to jest główne spoiwo związku. Lata (albo tylko tygodnie) mijają, a spoiwo dramatycznie nie wytrzymuje próby czasu. I kobiety stają na uszach i rzęsach, aby wykrzesać z siebie to, co kręciło faceta na początku, i z każdym rokiem jest to coraz trudniejsze i coraz bardziej beznadziejne. Nie potrafią nabrać zaufania do tego, że facet pokocha je za to, że są dobre, inteligentne, opiekuńcze - nie potrafią przenieść związku na inny wymiar. I przegrywają, bo urodą nie mają szans konkurować ze świeżo wykluwającymi się dziewuszkami...
Jak myślicie, jakie obroty generuje przemysł kosmetyczny, spa, solarki i chirurgii plastycznej? To jeden z największych przemysłów na świecie, większy od samochodowego...

Ale nie myślałam o tym dotychczas w ten sposób - że to może być w sumie niezależne od związku. Że może być aż tak jak u Anki - skoro nie jestem młoda i piękna - to nie jestem już ja! Boże!

Ale przecież - oczywiście! Skoro kultura wymaga od kobiet, aby były przede wszystkim piękne... Skoro media pisząc o kobietach, nieważne czy są to modelki, sportsmenki, bizneswomenki czy królowe - i tak zawsze piszą o ich urodzie, i to na pierwszym miejscu...
I strasznie współczuję Ance. Wielkie lamenty urządza się nad Beethovenem, że taki kompozytor i ogłuchł. A przecież to samo przeżywa miliardy kobiet. Są młode, piękne, kuszące, i.... więdną.

Na całe moje szczęście - dla mnie moja uroda była od początku czymś obcym i niezrozumiałym, i od początku nastawiona byłam do niej raczej niechętnie. Nauczyłam się z niej korzystać tak, jak człowiek uczy się obcego języka. Nawet gdy już się nim umiesz porozumiewiać, to i tak jest obcy. Poezji i ironii w nim nie poczujesz, nawet jeśli rozumiesz z grubsza, o co chodzi. 
Zresztą, ja zawsze bardzo chętnie ubierałam się w stare wymięte ciuchy, wszelki makijaż był/jest dla mnie równie /bez/sensowny jak grabienie liści w listopadzie i w ogóle najfajniej czułam/czuję się wyglądając całkowicie aseksualnie, nie zwracając na siebie żadnej uwagi. Uwagę lubię zwracać gdy opowiadam celny dowcip, błyskotliwie odparowuję czyjś atak, albo robię coś niekonwencjonalnego i kontrkulturowego. Natomiast gdy interesowano się moją urodą, zawsze czułam przede wszystkim skrępowanie i niechęć, satysfakcji - niewiele.  
Więc gdy teraz uroda przemija, to żal jest niewielki, a jest też i ulga. Bo moje 'ja' nigdy nie było piękne. Chociaż młode - tak.... i dlatego starości i niedołęstwa nie będę chyba w stanie stolerować.

Anka: Musisz uwierzyć, że  kontakt z ludźmi wcale nie jest mniej wartościowy i fascynujący tylko dlatego, że ich twarze są już pomarszczone. Oczywiście, że uniesienia erotyczne na pewno będą już słabsze. Ale za to kontakt może być bardziej głęboki, interesujący, wielopłaszczyznowy. Wzajemna fascynacja oparta na czymś innym niż ciało i upierzenie godowe to naprawdę czad, Anka!
Nie masz wyjścia. Musisz nauczyć się obcego języka. To może być cokolwiek. Opieka nad dziećmi, albo, hm, wnukami? Urządzanie ogródka? Mistrzostwo w rozwiązywaniu krzyżówek? Książki? Piękno muzyki? Podróże?

PS. Bez asentry to może być bardzo trudne zadanie....

PS. Jak fajnie i łatwo daje się rady innym, prawda?
Sama nie wiem, po co właściwie jeszcze żyję, sama nie potrafię od dłuższego czasu znaleźć dla siebie zajęcia, które dawało by mi satysfakcję... Anty, co Ty takiego masz do stracenia?
Chyba już pisałam kiedyś, że miewałam takie sny, w których udało mi się znaleźć/zdobyć wielką kupę jakiegoś bogactwa. W czasie snu orientowałam się jednak, że to sen, i zaczynałam wtedy myśleć, że coś tu trzeba zrobić z tą forsą, aby przetrwała moment obudzenia. Raz na przykład schowałam starannie pieniądze pod swoje łóżko w moim pokoju (to było, gdy byłam jeszcze córeczką u rodziców). Obudziłam się i nawet zaglądnęłam, czy kasa tam jest....
Otóż w kontekście śmierci gromadzenie dóbr materialnych i w ogóle osiąganie czegokolwiek wydaje mi się tak samo sensowne jak chowanie wyśnionych pieniędzy pod łóżko...
neurotomania 2009-11-14 12:20:27
skomentuj (16)
Śmierć (17)

Skoro mój blog umiera, to może warto napisać kilka słów na ten temat, a zwłaszcza, że wciąż mamy początek listopada.

Kupiłam sobie książkę Lema juniora - Awantury na tle powszechnego ciążenia. Zbiorek luźno napisanych anegdot z życia ojca.
Kupiłam daawno temu, dziś wreszcie zajrzałam na chwilę dłużej.
Zdjęcia.
Lem - jeszcze młody, choć już z zakolami na czole. Potem dojrzalszy. A wreszcie zupełny dziadek.
I opis śmierci.
Że nadeszła za którymś tam kolejnym razem. Że wiele razy wieźli go karetką, bo zapaść, ale podleczyli i wracał. A ostatnim razem nawet wsiadł do karetki o własnych siłach.
I żal - że ostatnie parę bezsensownych tygodni usiłowań utrzymania przy życiu - nie wiadomo właściwie po co - z rurą w gardle - jak na mękach inkwizycyjnych.

Jak by to powiedzieć. Stan naszej obecnej kultury jest totalnie zakłamany. Oczywiście, na wielu polach odnotowaliśmy postęp przez ostatnie kilkaset lat, ale w dalszym ciągu niektóre kulturowe bzdury są dla mnie po prostu nie do ogarnięcia.
Np. 76-letni dziadek Polański, siedzący któryś tydzień w więzieniu, za czyn, który popełnił ponad 30 lat temu (po takim czasie przedawnia się nawet morderstwo z zimną krwią). I ta wyjąca zewsząd tłuszcza, która domaga się spalenia go na stosie.

Ale śmierć obrosła największymi chyba bzdurami.
Życie człowieka uważane powszechnie za największe dobro. Tak wielkie, że bezbronnych, schorowanych starców tygodniami, miesiącami torturuje się w szpitalach nie pozwalając im umrzeć. I znów - fanatyczna tłuszcza domagająca się surowych kar za eutanazję.

Po latach przeprowadzania badań przesiewowych w kierunku raka piersi, i leczenia wyszła na jaw szokująca prawda - wcześniejsze wykrywanie i leczenie przynosi więcej szkody niż pożytku. Kobietom z niewielkimi guzkami, które być może do końca ich życia pozostałby małe i uśpione, jak pieprzyki na twarzy, niszczy się zdrowie i psychikę chemią, wycinaniem piersi i węzłów chłonnych. A statystyki umieralności na raka piersi wcale się nie poprawiły.

I po co ta męka? Po co ta rozdęta służba zdrowia?
Czyż nie było przyjemniej w czasach starożytnych, gdzie 80% ludzi miało poniżej trzydziestki a starcy byli rzadkością? Przyjemniej na pewno, ale chyba i mądrzej.
Po co latami na raty umierać, patrząc się na coraz bardziej pobrużdzoną w lustrze twarz? Po co wydawać gigantyczne pieniądze na sztuczne utrzymywanie przy życiu tych, którzy przecież umrą, na pewno i bez żadnych wątpliwości!

Bo umrzemy wszyscy! Jedni troszeczkę szybkiej, inni później. Czy ci, którzy pożyją parę lat dłużej będą z tego powodu szczęśliwsi? Czy trzydziestoletni Aleksander Macedoński jest teraz mniej szczęsliwy od dziadka Ronalda Reagana? Każdy z nich przeżył swoje życie - czy jest jakaś różnica, że pierwszy żył trzy razy której niż drugi?

Po co więc u licha się tak spinać? Skąd ta rozpacz okropna, że to co i tak nieuchronne stanie się to trochę wcześniej niż później?

Życie człowieka jest jak brydżowy roberek. Czasem króciutki, czasem ciągnący się jak flaki. Czasem emocjonujący, czasem nudny i nijaki. Ale wiadomo, że każdy z nich potrwa trochę, i skończy się. Nie możemy tego uniknąć. Choćbyśmy nie wiem jak się badali, codziennie chodzili do lekarza, nie wychodzili z domu w obawie przed cegłą z dachu - to i tak umrzemy. Na pewno. Więc kult życia jest dla mnie kompletnie chory.

Więc życie ludzkie jest warte niewiele. Taka jest prawda. Człowiek to produkt nietrwały i szybko się psujący. Istota życia polega nie na kurczowym utrzymywaniu się przy nim, ale na ciągłej wymianie pokoleń.

Wbrew pozorom - zaakceptowanie tej prawdy bardzo pomaga żyć....

(z dedykacją dla P.)


neurotomania 2009-11-08 14:48:07
skomentuj (17)
Dlaczego ludzie piszą blogi (6)
Właściwie - nie wiadomo. Szukają wsparcia? Dają upust swojemu narcyzmowi? Powodów można by znaleźć wiele.
Jeżeli chodzi o mój blog, to pewne jest jedno. Kiedyś po prostu podobało mi się to, co pisałam. Po napisaniu notki czułam, że zrobiłam coś fajnego. Że napisałam coś ciekawego. Teraz już od dłuższego czasu nie miałam ani śladu takiego uczucia.
Nie do końca rozumiem, czemu tak jest. Moje życie nie jest aż tak nudne. Z Wisienką przeżywamy romans przy którym blednie Przeminęło z Wiatrem. To co robię na giełdzie, to czysta adrenalina i horror przy którym chowa się Terminator 1, 2, 3 i 4.  Ale jakoś ani nie mam ochoty o tym pisać, ani, gdy już się zmuszę do napisania, to zupełnie mi się nie podoba to co napisałam... 
Buddyjski odpowiednik 'memento mori' brzmi - rodzimy się, by umrzeć, przywiązujemy się do ludzi po to, aby ich porzucić, gromadzimy dobra po to, aby je utracić. I piszemy blogi wiedząc, że kiedyś tę pisaninę trzeba będzie zakończyć.
No i mój blog umiera spokojną, naturalną śmiercią.
Z kronikarskiej rzetelności napiszę, że z Wisienką znów jesteśmy razem. Nie było żadnego godzenia się ani scen. Po prostu przyszła do mnie któregoś dnia, a ja ją wpuściłam. Żadnych przeprosin ani wyjaśnień. I tak wzruszenie mnie zatykało. Może to i prawda, że wcale jej nie kocham, jak sama siebie przekonuję. Ale bardzo możliwe jest też, że nigdy nikogo mocniej nie będę w stanie pokochać, niż właśnie ją.
Powoli pochłania mnie mój nowy projekt. Na razie ma status szalonego. Ale....
Chcę rzucić pracę. Sprzedać mieszkanie i przenieść się w jakieś podgórskie okolice. Utrzymywać sie z gry na giełdzie i z oszczędności, które mi narosły i z którymi nie mam co robić. Poza tym, chcę być pasożytem społecznym. Chcę kupić jakiś kawałek ziemi, żeby przejść na KRUS i na dodatek dostawać unijne dopłaty (podobno wystarczy nasadzić jakiś kawałek ziemi włoskimi orzechami i można sobie spokojnie żyć z tych dopłat nic nie robiąc, dopóki te orzechy nie wyrosną). Zresztą, jakoś nie bardzo się boję biedy na starość. Bardziej się boję, że już niedługo będę już stara i zniszczona, a całą młodość przechlapię przy klawiaturze.
Może ktoś coś praktycznego mi doradzi?

neurotomania 2009-10-25 15:36:20
skomentuj (6)
Antygona (18)
Wszyscy mi tu piszą, że popełniłam jakiś błąd.

Boże, gdyby to było takie proste.

Gdybym popełniła jakiś błąd, to mogłabym go naprawić. Przeprosić, wybłagać, obiecać poprawę w przyszłości.

Ale właśnie o to chodzi, że to nie błąd....

Była taki film z Woody Allenem - "Wszyscy mówią: Kocham Cię."
Allenowi podoba się w nim pewna dziewczyna, a przypadkiem ma kontakt z jej pschoterapeutką i dowiaduje się o niej wielu
szczegółów. Dowiaduje się, że lubi biegać, że lubi staroświeckie rzeczy itp. Więc podrywa ją. Niby przypadkiem
spotyka na joggingu, wynajmuje staroświeckie mieszkanie, a ponieważ jest pisarzem, kupuje starą maszynę do pisania
i na niej pisze. Wszystko udaje się wspaniale, dziewczyna jest zauroczona. Sęk w tym, że sam Allen nie lubi
staroświeckich rzeczy, w życiu nie pisał na maszynie, bo od zawsze używa komputera. Nie lubi też biegać!
To udawanie wkurza go coraz bardziej i w końcu rzuca Julię Roberts, mimo że taka piękna i w nim zauroczona.

Ja zrobiłam głupstwa ani błędu. Zrobiłam to, co musiałam zrobić i to właśnie jest najgorsze.
Monogamiczne, unormowane, grzeczne, bezpieczne i nie odbiegające od standardu związki są nie dla mnie.
Nie nadaję się też na opiekunkę ani matkę. Po prostu męczyłam się coraz bardziej. Mogłabym oczywiście,
wytrzymać dużej, może i nawet całe życie. Nie takie rzeczy ludzie wytrzymują.
Ale czy jest sens być razem po to żeby "wytrzymywać" ? No nie, nie ma!

Musiałam to zakończyć. A że zrobiłam to z hukiem... co za różnica, chyba nawet lepiej tak, niż cedzić po kawałku.
Zresztą, Wisienka i tak pisze do mnie jakieś sms-y, na które twardo nie odpowiadam, mimo, że....



...mimo że serce mi się kraje, po prostu...
neurotomania 2009-09-16 23:02:01
skomentuj (18)