Strona główna

Paradise found

(18) Słyszeliście, że miłość czyni cuda?
Ech, nie wpadajmy w pompatyczność.
W ogródkach rok w rok rodzą się małe dzikie kocięta. Życie kotka na ogródku jest krótkie. Matki wychowują je na dzikie i nieprzystępne zwierzaki, które ledwo tyle mają zaufania do człowieka, aby dać mu się nakarmić - ale zawsze z daleka, zawsze w nerwach. Wystarczy najmniejszy podejrzany ruch albo dźwięk, i uciekają. Nie dają się dotknąć ani w żaden sposób oswoić.
Zimą, gdy na ogródki prawie nikt nie przychodzi, z głodu i chłodu giną. Mniej niż połowa przeżywa zimę. Więcej szans mają te urodzone na wiosnę. Te wyklute jesienią giną prawie w komplecie. To okropne patrzeć rok w rok na te maleństwa i słuchać ich żałosnego miauczenia (co prawda podobno miauczenie kotów ewolucyjnie upodobniło się do płaczu niemowlęcia - aby łamać ludzkie serca).
Jak to jednak w życiu bywa, jedne kotki są bardziej dzikie, inne mniej. I jak to w życiu, czasem zdarzaja dziwne rzeczy. W tym roku w czerwcu na naszym ogródku pojawiła się parka kolorowych kociaczków, wychowanych przez mamusię która wykluła się raptem rok wcześniej i przeżyła zimę jako jedyna z czworga rodzeństwa. Dokarmiałam ją trochę, więc przyprowadziła do mnie któregoś dnia swoją już w miarę odchowaną parkę. Początkowo małe kotki tylko przyglądały się uważnie zza płotu, jak rzucam mamie jakieś kawałki kiełbasy. Po paru dniach same odważyły się przecisnąć pod siatką i spróbować. Jeden kociak był zwyczajny - dziki wzrok, odskok na kilkanaście metrów, gdy zrobiłam krok w jego stronę, tylko zjeść i uciec. Ale drugie kocię, nieco niezaradne i o neurotycznym wyrazie twarzy, uciekało jakoś bez przekonania, i patrzyło w moją stronę z zaciekawieniem. Po paru kolejnych dniach, pomalutku, rzucajac mu smakołyki i zbliżając się małymi kroczkami, udało mi się do niego podejść na wyciągnięcie ręki.



Kilka dobrych tygodnie zajęło mi oswojenie go na tyle, żeby dawał się głaskać... A potem nastąpiły kolejne miesiące, w czasie których na każde trzy kroki w przód zawsze przypadały co najmniej dwa, a czasami cztery albo pięć w tył. Długa, długa historia.
Nieprawdopodobne było dla mnie samej, że wykazuję przy tym tyle cierpliwości. Już się wydawało, że nabrał zaufania, a tu znowu powrót do sytuacji, gdy ucieka i nie daje się dotknąć. Już daje się brać na ręce i mruczy, a potem znowu wymyka się i ucieka. I wszystko od nowa. Normalnie po prostu kopnęłabym... no ale tu nie było normalnie :-)
Lęk, okropny okropny lęk, a równocześnie straszna potrzeba ciepła.
Teraz, gdy wracam wieczorem do domu, Czarna Morda (bo tak się nazywa) przybiega do mnie z piskiem w podskokach i po kilku minutach radosnego miąchania i obcierania kładzie mi się na szyi wreszcie wtulając się futerkiem w moje policzki. Jego głośne mruczenie stopniowo jest coraz wolniejsze, jego ciałko coraz bardziej rozluźnia się aż w końcu przybiera kosystencję mokrej sflaczałej szmaty. I ja już wtedy zazwyczaj śpię. Nigdy w życiu z nikim tak nie słodko nie zasypiałam. Wisienka pęka z zazdrości. Na żarty, ale nie do końca :-)



Mniej więcej w tym samym czasie co z CM oswajałyśmy się z Wisienką. I powiem tak - oswajanie człowieka jest o wiele trudniejsze i bardziej skomplikowane niż dzikiego kota.... Ale kluczem do serca zawsze jest miłość (miao być niepompatycznie, ale się nie da - bo tak po prostu jest). Miłość, taka ślepa jak miłość matki, bezwarunkowa jak kapitulacja III Rzeszy. Nie można obliczać kto ile komu co dał, ile wziął. Nie można zastanawiać się, czy ma to sens. Nie można niczego ustalać i wytyczać granic. Nie liczyć ran na psychice i podrapanych rękach. Po prostu trzeba dawać, dawać, dawać, i liczyć na to, że ten drugi w końcu pęknie, zaufa, przywiąże się. I wtedy można płakać ze szczęścia.
neurotomania 2009-12-31 22:49:41
skomentuj (18)